Fot. Wisła Kraków / Ewa Michalik
Święta Wojna przy Reymonta przyniosła dokładnie to, czego oczekiwaliśmy: wrzący kocioł na trybunach, ogromne tempo i ładunek emocjonalny, który w pewnym momencie wymknął się spod kontroli. Wisła Kraków ograła Cracovię 2:1, dopisując siódme z rzędu domowe zwycięstwo. Za kulisami tego triumfu kryją się jednak poważne kontrowersje sędziowskie i zachowania, które z duchem sportu nie mają nic wspólnego.
Twierdza R22 wciąż niezdobyta
Mariusz Jop stworzył przy Reymonta maszynę, która przed własną publicznością punktuje bezbłędnie: siedem spotkań i komplet dwudziestu jeden punktów. Wisła zaczęła od fantastycznej akcji kombinacyjnej i trafienia Marca Carbó. Choć po wyrównaniu Hasicia z rzutu karnego gra Białej Gwiazdy na moment się załamała, odpowiedź przyszła błyskawicznie. Bramka Bozicia ustaliła wynik spotkania, choć druga połowa pokazała wyraźne problemy gospodarzy w ataku pozycyjnym i zbyt wąską kadrę, z którą mierzy się sztab szkoleniowy.
Gdzie był VAR przy bramce na 2:1?
O ile Szymon Marciniak starał się trzymać derby pod kontrolą i nie dusić gry gwizdkiem, o tyle praca wozu VAR pozostawia gigantyczny niesmak. Druga bramka dla Wisły padła po akcji, w której Frederico Duarte ewidentnie trafił najpierw w nogę rywala, a dopiero potem w piłkę. Decyzja z boiska mogła umknąć w ferworze walki, ale to właśnie technologia miała eliminować takie pomyłki. Cracovia ma w tej sytuacji pełne prawo czuć się skrzywdzona – to trafienie po prostu nie powinno zostać uznane.
Podobnie wygląda kwestia brutalnego wejścia Otara Kakabadze w okolicach 70. minuty – atak wyprostowanymi nogami to książkowy materiał na czerwoną kartkę, a skończyło się zaledwie na napomnieniu.
„To nie jest faul, to bandyterka”. Kompromitacja Klicha
Prawdziwy skandal wydarzył się jednak w samej końcówce. Mateusz Klich, człowiek z ogromnym międzynarodowym doświadczeniem, zachował się w sposób nieakceptowalny na poziomie profesjonalnej piłki. Brutalne kopnięcie w udo Guillema Moliny nie było próbą odbioru piłki ani faulem taktycznym – to był chamski, niebezpieczny atak na ciało rywala.
Jeszcze gorzej brzmią pomeczowe tłumaczenia zawodnika o tym, że „chciał powstrzymać kontratak” i „z boiska nie wyglądało to tak źle”. Taki brak samokrytyki u lidera zespołu jest wręcz porażający. Komisja Ligi nie ma prawa przejść obok tego obojętnie – taka agresja musi skończyć się kilkumeczowym zawieszeniem i odpoczynkiem do końca roku.
Co dalej z Grzelakiem?
Porażka w derbach zawsze boli podwójnie, ale zwalnianie trenera Bartosza Grzelaka w tej chwili byłoby błędem. Cracovia momentami potrafiła zepchnąć Wisłę do głębokiej defensywy i wyciska maksimum z bardzo szczupłej kadry, którą dysponuje. Pasy płacą frycowe za błędy pionu sportowego i brak chłodnej głowy na boisku, a nie za brak pomysłu na mecz.